niedziela, 3 maja 2015

Pokolenie 2.5

W końcu udało mi się ściągnąć nowe oczka dla moich simów.
Tylko spójrzcie na nią. <3

Dzielny Nipunus pracuje nad zhackowaniem dekodera. 

Catalina: mój dzielny quasi kryminalista. <3
Brenda: uch, nie cierpię mizdrzących się do siebie ludzi.

Hewlett: i tak oto chłopiec i jego dzielny pies wyruszają na
podbój kosmosu!
Felga: aaach, witaj przygodo!

Hewlett: spocząć, sierżancie.
Felga: tak jest!

Hmm...

Moja fachowa ekspertyza brzmi - totalny brak potworów.

Hewlett: hej, tato, posuniesz się?
Nipunus: naturalnie, ale...

Hewlett?!

Hewlett: chciałem cię poinformować, że gulasz ci nie wyszedł.
Nipunus: wystarczyło powiedzieć!

Na pełne morze wypływa właśnie Titanic...

O nie, góra lodowa! Już nigdy nie spotkam bliskich mi osób!
(zabawy tych dzieciaków jakoś mnie martwią...)

Nie rozumiem dlaczego, ale Nipunus ciągle dostaje jakieś
telefony, które automatycznie odrzuca w bardzo agresywny
sposób.
Nipunus: OSTATNI RAZ MÓWIĘ, nie potrzebujemy 39
nowych końcówek do odkurzacza!

Urodziny Brendy. Nie wiem, czy Hewlett świętuje razem z
nią...

...czy po prostu ją przedrzeźnia. 

Uważajcie, bo to będzie dobre.

Brenda: nikt nie jest w stanie pojąć mojej wrażliwości.
Powitajcie zrzędliwą, dobrą, interesującą się komputerami
miłośniczkę upałów.

Hewlett: o kurczę, dorastanie jest do bani.
Brenda: żebyś wiedział, bracie.

Mama mówi, że od papierosów się nie rośnie, więc...

Wystarczy, że dziennie wypalę paczkę...

I zostanę dzieckiem na wieki!

Brenda jest tak mroczna, że jej pierwszym życzeniem po
osiągnięciu wieku nastoletniego było odwiedzenie cmentarza
podczas pełni.
To, co się stało, gdy wróciła do domu, to wyłącznie moja wina i mojego nieprzemyślanego klikania. Okej, i może trochę wadliwego taczpada. Ani Brenda, ani simbóg nie planowali tej tragedii. :c

Wyczuwam, że zbliża się jakiś obiekt pozaziemski, ciekawe,
co się stanie, gdy użyję na nim telekinezy?

Hm, nic się nie dzieje.

HOLY SHIT.

RUN FOR YOUR LIFE!

Oczywiście, mieszkająca po sąsiedzku Maria przybiegła z
dzieciakami. ._.

PROSTO W NAJMŁODSZEGO KUZYNA. O_O

Spokojnie, nic mu nie jest!

O nie, tylko nie telewizor!

Cała rodzina zastygła w pozie Spanikowanego Flaminga.
Joga w krytycznym momencie? Czemu nie.

Tymczasem z joggingu wrócił Nipunus. Nie jest zachwycony.

Świetnie, podpaliłam telewizor.

I tak telewizja jest do bani.

Hewlett: ee... czy w naszym domu wybuchł pożarł?
Brenda: yeah, whatever.

Nipunus wciąż nie jest zachwycony.
Straciliśmy kontrolę nad pożarem. ;_; Ogień wciąż się rozprzestrzeniał.

Brenda: OMG tato weź coś zrób, to nie jest zabawne!
Hewlett: właśnie trochę jest!
(straszny dzieciak oO)

Spokojnie, dzieci, ja was...

Uhm...

NIE MAM POJĘCIA, JAK TO SIĘ OBSŁUGUJE.

Tymczasem na zewnątrz pali się śnieg. 

Och, jest i Dewey!

O matko, nie wierzę, byłem na mieście tylko trzy godziny.

Strażaczka: odsuń się, chłopcze, jest tu zbyt niebezpiecznie.
Dewey: nie!

Dawno temu moja kuzynka powiedziała mi, że zawsze mogę
na nią liczyć. Ona może liczyć na mnie.

Dewey: i nie ruszę się stąd, dopóki nie upewnię się, że jest
bezpieczna!
Zombie: omg to było takie wzruszające, jestem z tobą!
To naprawdę zastanawiające, bo... Dewey ma cechę "tchórzliwy". Powinien uciekać przed pożarem (tak mi się przynajmniej wydaje), albo wraz z innymi simami panikować na ogródku. Tymczasem on czatował przed drzwiami domu. Kochany Dewey.

Oczywiście, strażaczka zamiast pomóc opanować pożar w
domu, słusznie zaczęła gasić śnieg. Bo przecież priorytety.

Catalina wróciła z pracy.
Catalina: shit
Dewey: shit as fuck

Hewlett: wow, ślady po ogniu wyglądają jak pleśń.
Nipunus: to nie czas na żarty, synu.

MARIO?

Nipunus pomógł strażaczce ugasić śnieg, bo... to najwyraźniej
musiało zostać dokonane.

Wiesz, że jest źle, gdy zombie uciekają z twojego ogródka.

Uwielbiam to zdjęcie. To napięcie, wymienienie spojrzeń
pełnych obaw o przyszłość... simy są zdolne do takich emocji?

Okazało się, że Maria nie spłonęła, tylko... zamarzła.
Widocznie ciepło bijące od palącego się śniegu nie zdołało jej
ogrzać. <_<

Catalina: o rany, jak się cieszę, że żyjesz!
Maria: no wiem! Czym byłoby beze mnie twoje życie?

Brenda: o matko, Dewey, to wszystko moja wina!
Dewey: co?

Brenda: no totalnie, ściągnęłam gigantyczny meteoryt prosto
na nasz dom!
Dewey: w sumie to super, że potrafisz takie rzeczy, ale wiesz...

Dewey: na przyszłość nie doprowadzaj mojej mamy na skraj
śmierci, bo wiesz, nie mam już innego rodzica.
Brenda: OBIECUJĘ.

Brenda: uhm, tato, muszę ci się do czegoś przyznać.
Nipunus: ćśś.

Nipunus: weź sobie dokładkę tego pysznego ciasta dyniowego.
Brenda: uhm...
Mamy spalony dom, ale i tak organizujemy rodzinne święta.

To Chritopher - syn Dany i Niko. Jest słodki. 

Jak rodzinnie!
Nie wiem, dlaczego, ale Christopher przebrał się w bieliznę,
a Maria jest dalej jakaś taka... zamarznięta.

Dana była bardzo kontenta ze swojego prezentu.

Danita doznała jakiegoś dziwnego uszkodzenia ręki.

Nipunus uznał, że rodzinne święta są super.

Brenda: wesołych świąt, kuzynie.
Dewey: wesołych świąt, moja ulubiona zielona szkarado. <3